Obserwator

Wiem, że nie jesteśmy tylko z ciała, kości i krwi. Wiem, że mamy coś więcej, że mamy ogromne zasoby, o których nie wiemy lub nie pamiętamy.

Jest teraz taki czas przebudzenia bardziej intensywny i cała masa ludzi twierdzi, że są starymi duszami, że są obudzeni itd, podczas gdy w innych sytuacjach jadą równo po sympatykach danej partii.

Ja też kiedyś chciałam się dowiedzieć, jaką duszą jestem, z naciskiem na starą.

W tym swoim zadufaniu uważałam, że nie może być inaczej i natychmiast poinformuję o tym cały świat, bo skoro jestem starą duszą, to z automatu jestem autorytetem.

Potem sobie raz usiadłam i zaczęłam myśleć i tutaj włączył się transerfing. Dzięki temu pozbyłam się chęci udowadniania, że jestem ważna. Nauczyłam się fajnych rzeczy z czasem.

Miałam kiedyś ciekawą sytuację na przyjęciu w ambasadzie w Rzymie. Mieliśmy zjazd i byłam koordynatorem na Europę, więc siłą rzeczy byłam tam i po raz pierwszy zastosowałam technikę Zelanda na większą skalę. To były moje początki z TR i drugi eksperyment.

Był to też czas, kiedy poziom mojej pewności siebie był drastycznie niski. Moje poczucie własnej wartości oscylowało na poziomie zerowym. Nie czułam się komfortowo wśród tych wszystkich szych.

Wracając do eksperymentu. Oddaliłam się od wszystkich, przycisnęłam do kaloryfera w samym końcu ostatniej sali i postawiłam na półeczce kawę. Wszyscy byliśmy na stojąco.

Kompletnie się odcięłam od rozmów i tylko obserwowałam. Obserwowałam nie tylko to, co dzieje się na zewnątrz…

I faktycznie zaczęło się dziać. Najpierw jedna osoba podeszła do mnie. Za chwilę druga. Po chwili wokół mnie utworzyła się gromadka ludzi, którzy w skupieniu słuchali, co mówię. Nie potrzebowałam zabiegać o uwagę.

Ci ludzie, zanim podeszli do mnie, wciąż na mnie patrzyli. Nie mogli nie podejść. To działało jak magnes.

Od początku do końca zastosowałam precyzyjnie wszystkie zalecenia z TR i dzięki temu również poznałam sporo fajnych ludzi, z którymi powymienialiśmy się kontaktami.

Wracałam do domu oszołomiona. Kręciło mi się dosłownie w głowie z wrażenia, że sterowanie rzeczywistością może być tak banalnie proste.

To tak, jak z pierwszą miłością, tego się nie zapomina, choć miłość w porównaniu z tym to pestka, kiedy patrzysz na ludzi i wiesz dokładnie kiedy i co się zadzieje.

W zasadzie mogę powiedzieć, że ten zjazd zmienił moje życie o 180°. Na koniec na stole stały jeszcze dwa piękne łabędzie zrobione z bezy, szarlotka i jakieś warzywka zdaje się.

Wraz z nowym dyrektorem Instytutu Polskiego sięgnęliśmy po tą samą rzecz. Mówię mu, żeby zjadł szarlotkę, a on mi na to, że jest bezglutenowcem, no i zaczęła się rozmowa, za którą będę wdzięczna do końca życia. Na temat jego powrotu zdrowia.

Ten wyjazd był drugim eksperymentem i pilnowałam się przez cały czas, choć to pilnowanie się było fascynujące, bo w międzyczasie działy się inne, drobne rzeczy korzystne dla mnie.

Każdy wrócił do domu z poczuciem, że to był dobry dzień. I tak ma być, Transerfing to narzędzie do uszczęśliwiania siebie.

Wystarczy czytać książki i zacząć robić dokładnie to, co mówi Zeland.

Dlatego wiem, że nie interesuje mnie już jaką duszą jestem i spaliłabym się ze wstydu, gdybym miała coś takiego napisać, bo po co?

W ogóle myślę, że to trochę taki mit odciągający ludzkość od sedna. Nie robiłam żadnych medytacji, na żadne kursy nie chodziłam, nikomu ani grosza nie zapłaciłam za wiedzę, oprócz książek.

Skupiłam się na wskazówkach, które były banalnie proste i łatwe, a rezultaty natychmiastowe.

Jest jeden warunek, aby transerfing zadziałał. Wiem, że dużo osób ma z tym problem.

Potrzebny jest ekstremalnie wysoki poziom energetyki ciała, żeby zabawić się w maga i robić cuda w swoim życiu.

Ludzie biorą książki do ręki i nic im nie wychodzi, bo mają sprzęt popsuty. Tym sprzętem jest ich ciało. Zawalone cukrem, gnijące w środku, z tłuszczem wylewającym się ze spodni…

Nie da się sprowadzić miłości, szczęścia i pieniędzy, jeśli maszynka jest pozatykana.

Ja w tamtym czasie zaczęłam o siebie dbać i to bardzo rygorystycznie. Zresztą Zeland pisze o tym poza transerfingiem w książce, której nie ma na polskim rynku. Jest ona poświęcona głównie jedzeniu i co on sam je.

I tu muszę się przyznać, że oprócz TR stosowałam dodatkowe ćwiczenia doładowujące moje potoki energetyczne.

To dzięki doskonałej formie fizycznej połączonej z TR można robić rzeczy, o których większość marzy.

To, co opisałam dzisiaj, to jeszcze nic. Przejścia indukowane i zmiany scenerii, to dopiero są spektakularne wydarzenia.

Z przykrością muszę stwierdzić, że całkiem sporo ludzi z mojego otoczenia wybiera ciężkie życie, bo boją się sukcesu. Boją się zmian. Boją się, co zrobią z pieniędzmi, które na nich spadną… itd.

Natomiast ci, którzy decydują się przesiąść na falę szczęścia, stają się innymi ludźmi.

Jak zwykle się rozpisałam, ale to dla mnie jest fascynujący temat i chciałabym, żeby każdy zobaczył, jakie to jest proste.

Recommend0 recommendationsPublished in Rozwój

Related Articles

Responses

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *